Dlaczego produkty oszczędnościowo-inwestycyjne nazywano polisami czy też polisolokatami? W teorii bowiem były one również umowami ubezpieczenia na życie i dożycie. Poniżej wyjaśniamy, dlaczego w naszej ocenie teoria rozminęła się z praktyką.
Immamentną cechą umów ubezpieczeniowych jest ponoszenie przez ubezpieczyciela ryzyka ubezpieczeniowego. W kwestionowanych przez nas polisach inwestycyjnych ryzyko to jest iluzoryczne, zaś funkcja ochronna marginalna i pozorna.
Umowy przewidywały dwa zdarzenia, których wystąpienie skutkowało wypłatą świadczenia z tytułu ubezpieczenia tj. śmierć ubezpieczonego albo dożycie ubezpieczonego do końca umowy. Wątpliwości budzić może natomiast sposób, w jaki wyliczano świadczenie ubezpieczeniowe, bowiem ubezpieczyciel zobowiązywał się do wypłaty 100% wartość rachunku, w przypadku śmierci powiększając tą wypłatę o zawrotną wartość 1% składki zainwestowanej. Aby to zobrazować warto posłużyć się przykładem – klient zawiera umowę na 15 lat, wpłaca składkę pierwszą w wysokości 9 000,00 zł i zobowiązuje się wpłacać składki bieżące w wysokości 236,00 zł miesięcznie. Składka zainwestowana przy takich parametrach produktu to 45 000,00 zł. W przypadku wystąpienia zdarzenia ubezpieczeniowego w postaci śmierci, ubezpieczyciel wypłaca uposażonemu to co znajduje się na rachunku (co jak już wiecie nie jest nawet równoznaczne z tym co zostało wpłacone) i w omawianym przykładzie powiększa taką wypłatę o 450,00 zł. Tyle wynosi ryzyko ubezpieczeniowe podmiotu oferującego „umowę ubezpieczenie na życie”. Nie trzeba chyba podkreślać w tym wszystkim tego, że omawianej ochronie podlega najważniejsza wartość – życie ludzkie.
Przy drugim zdarzeniu ubezpieczeniowym tj. dożycie Ubezpieczonego do końca umowy, Ubezpieczyciel zobowiązywał się do wypłaty 100% wartości rachunku, bez powiększania wypłaty o cokolwiek. Tym samym tutaj ciężko nawet mówić o iluzorycznym ryzyku ubezpieczeniowym, bowiem takiego ubezpieczyciel w ogóle nie ponosił.
W świetle powyższego nie sposób odnieść wrażenia, że polisy inwestycyjne były umowami ubezpieczenia jedynie z nazwy, co winno być oceniane w kontekście potencjalnego obejścia wówczas obowiązujących przepisów. Konstrukcja taka miała wzbudzać w klientach dodatkowe poczucie bezpieczeństwa, co zachęcało do odkładania pieniędzy właśnie w taki produkt, a jednocześnie konstrukcja ta stanowiła furtkę do uniknięcia tzw. „podatku Belki”.

